Tak sobie myślę o…

Tak sobie myślę o #samochodyelektryczne i wiadomo, że teraz główną przeszkodą są akumulatory, a właściwie czas ich ładowania.

Co jakiś czas pojawiają się newsy, że skrócili czas ładowania do 15min, 10min, 5min.

Wystarczy policzyć, że mając w samochodzie akumulator powiedzmy o pojemności 75kWh (Tesla Model S) to aby naładować go w ciągu 15min, musimy przez ten czas dostarczać mocy 75 * (60/15) = 300kW (sic!). Przy napięciu 230V jest to prąd 1300 amperów! I to w warunkach idealnych.
Mając to na uwadze i trochę wyobraźni, nieprawdopodobnym staje się stworzenie stacji, na której jednocześnie będzie ładowanych kilka aut taką mocą. Wymaga to ogromnych kosztów (przede wszystkim bufora prądowego).

Zaletą paliw ropopochodnych, ale również samochodów elektrycznych wodorowych jest to, że dostarczamy „gotową” energię w postaci wiązań chemicznych. Nie wlewamy do samochodu wody i nie czekamy aż powstanie wodór np przez proces elektrolizy, tylko dostarczamy gotowe paliwo (tak samo jak w przypadku ropy).

Dlaczego model sprzedażowy nie poszedł w tę stronę aby ustandaryzować rozmiar fizyczny, parametry itp, itd. tak aby móc kupic samochód w wersji bez akumulatora, a dzierżawić go ze stacji jak butlę z gazem?
W sensie, wymieniamy baterię i jedziemy dalej (czy będzie to cała bateria, czy moduł z elektrolitem, to tylko kwestie techniczne).

Wyczerpane akumulatory mogłyby spokojnie ładować się mniejszym prądem na stacji. „Naładowanie” trwałoby krócej niż „zatankowanie”. Nowy samochód byłby tańszy w wersji bez akumulatora. Można sobie kupić własny akumulator i ładować go w domu.

#samochody #motoryzacja #ciekawostki #rozkminy